ekologia

O, jakiś ty biedny, wegetarianinie!

20 września 2016
sałatka wegetariańska

Gdybym to pisała rok temu, to w przerwie między stukaniem w klawiaturę prawdopodobnie zajadałabym się kanapką z szynką. Ale nie, wróć. W zeszłym roku nie pisałabym tego. Bo nie wiedziałam jak to jest po drugiej stronie barykady. 

 

Nawet nie wiem kiedy to się stało. Chyba w okolicach Nowego Roku. Coraz więcej czytałam o hodowli zwierząt, a wielkość spożywanych porcji mięsa malała proporcjonalnie do ilości pochłoniętych stron. Zmianą diety raczej się nie chwaliłam – uważałam, że jest to moja sprawa. Wiedzieli tylko bardzo bliscy. Reszta dowiadywała się przypadkiem przy różnych okazjach.

 

Dopiero później uświadomiłam sobie, że o diecie bezmięsnej nie wolno mówić w towarzystwie (no chyba że innych roślinożernych albo przyjaciół, którzy akceptują wszystkie Twoje odpały). Bo się narazisz. Po prawie roku od zmiany diety spisałam najczęstsze reakcje otoczenia na informację, że nie jadam mięsa.

 

 

przekąska wege

 

 

Niezła zabawa

 

– To co, Julka, może kabanosika? Hehehehe.

– Albo szyneczki? Haha.

Standard. „A wiesz, że jeśli nie jeść mięsa, to mózg z braku białka się kurczy?”.  „Jesz taką biedną marchewkę, a ona krzyczy z bólu”. W sklepie: „Nie idź tą alejką, bo zaraz się natkniesz na dział mięsny”. Palę e-papierosa: „Sprawdziłaś, czy nie masz smalcu w liquidzie?”.

Haha. Hehe.

Takie tam żarty januszowe, które nie śmieszą, a zaskakują raczej. Bo nagle świat zagląda do mojego talerza i próbuje uszczypnąć, wbić szpilę, dopiec, bo mam na nim coś innego niż reszta. Ten świat, który zwykle ma gdzieś jednostkę, obrusza się, że jednostka nie spożywa mięsa. Nie zauważyłam, by tak samo się oburzał na tych, którzy nie jedzą śliwek, szpinaku, białego chleba, nie piją kawy, soku pomidorowego, czy czegokolwiek innego, czego nie lubią, na co nie mają ochoty albo co ich uczula.

Ja nie jem mięsa. Tak jak nie jem lodów, pomarańczy i szparagów. Bo jedzenie tego nie sprawia mi przyjemności. Po prostu. Nie wiem, co jest w tym śmiesznego.

 

 

obiad bezmięsny

 

 

Ojej, biedactwo…

 

– Ile ty już nie jesz mięsa? Pół roku? Ojeej.

„Ojej”. „Biedna”. „Szkoda”.

Pytania: „Jak sobie radzisz?”. „Nie ciężko ci?”.

Stwierdzenia: „Pewnie po nocach śnisz o schabowym”. „Podjadasz póki nikt nie patrzy”.

Rady: „Zjedz, jeden kawałek nie zaszkodzi”. „Bierz, nikomu nie powiem”.

Jakby to była jakaś gra w udawanie. Jak bunt nastolatki, która odmraża sobie uszy na złość rodzicom. Jakbym wzięła ciężkie brzemię i nie była go w stanie udźwignąć. Serio, nie brakuje mi mięsa w diecie. Gdyby brakowało, to bym zjadła. Nie jestem masochistką, nie uprawiam gwałtu na swoim organizmie. Słucham jego potrzeb i staram się je zaspokoić. Nie mam zamiaru sobie szkodzić. Dziękuję za troskę. Ale to, że nie jem mięsa wcale nie oznacza, że nie jem niczego. Albo sam chleb z masłem.

 

 

sałatka wegetariańska

 

 

 Jak nie mięso, to co?

 

No właśnie. Ileż to razy słyszałam: „Nie jesz mięsa, to CO ty jesz?”.

„Same sałatki?”. „Pizze?”. „Ziemniaki z wody?”

Jakby cała fantazja kulinarna ograniczała się do schabowych i nie wychylała poza mielone.

„Jak nie mięso, to co?”

Nigdy przedtem nie jadłam tyle warzyw i roślin strączkowych. Z kasz, do których miałam awersję od przedszkola, dziś robię pyszne kotlety. Orzechy, których nie znosiłam, są teraz dodatkiem do każdego posiłku. Zamiast kawałka kiełbasy lub kanapki z szynką, oglądając wieczorem film, mogę wtrąbić marchewkę lub jakiś owoc. Eksperymentuję ze smakami, pilnuję, by posiłki były pełnowartościowe i zawierały wszystkie niezbędne dla organizmu elementy. Odżywiam się nawet lepiej niż wówczas, gdy jadłam mięso.

Czuję się lepiej.

Na zdrowie nie narzekam.

I, generalnie, polecam.