książki & filmy

„Życie na miarę” Twojej koszulki

25 stycznia 2016
marek rabij książka

Ile wydajesz na jeden t-shirt? Pięćdziesiąt złotych, sześćdziesiąt? Pracownicy fabryk tekstylnych płacą za niego dużo wyższą cenę. Tracą palce, ręce, czasem życia. Pisze o tym Marek Rabij w książce „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”. 

 

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupowałam sobie ubrania w sieciówce. To musiało być dawno temu, bo wtedy jeszcze na metkach widniało głównie „Made in China”, „Made in Turkey”, ostatecznie „Made in Cambodia”, a nie – jak dzisiaj – Bangladesz. Nazwa kraju, który jest obecnie największym producentem ubrań na świecie i w którym miała miejsce najbardziej tragiczna katastrofa w całej historii przemysłu tekstylnego.

 

To się stało 24 kwietnia 2013 roku. Znajdujący się nieopodal stolicy Bangladeszu kompleks fabryczno-usługowy Rana Plaza złożył się jak domek z kart, grzebiąc pod gruzami ponad 1000 osób i 2500 raniąc. Głownie kobiety, młode szwaczki, które pracowały w fabrykach ubraniowych na wyższych kondygnacjach budynku. Tych wyższych miało nie być – architekt zatwierdził projekt tylko o pięciu piętrach. Resztę dobudowano samowolnie, nie uwzględniając jednak obciążenia generatorami i ciężkimi maszynami tekstylnymi. W pewnym momencie stropy nie wytrzymały.

 

życie na miarę

 

Katastrofa budowlana stała się dla Marka Rabija punktem wyjścia do opowiedzenia o tym, o czym przeciętny konsument, kupując koszulkę znanej marki, wiedzieć nie może i nie chce. O warunkach pracy bangladeskich szwaczek, ich wegetacji za głodową pensję i życiu w miejskich slumsach.

 

Każdy pracownik, od pomocnika aż po szefa linii produkcyjnej, ma wyznaczoną dzienną normę. Jenima w swojej fabryce wszywa na przykład rękawy do t-shirtów. Co godzinę musi zszyć 120 sztuk, dwie na minutę, 960 podczas dniówki.

 

I dalej:

Dhaka ciągle potrzebuje nowych rąk do pracy. Te stare szybko tracą przecież młodzieńczą zręczność albo palce w prasach i maszynach. Prędzej czy później znika również zapał, a może raczej desperacja, która sprawia, że człowiek tkwi przy maszynie po 10-12 godzin na dobę z nadzieją, że ktoś dostrzeże i doceni poświęcenie, da podwyżkę i awans. Jakie to szczęście, że na prowincji powodzie, cyklony i inne klęski nieurodzaju co roku rekrutują fabrykom w stolicy ponad 400 tysięcy kolejnych wygłodniałych pracowników.

O światowych korporacjach ubraniowych, które wchodzą w szwindel z lokalnymi fabrykami, byle tylko zaoszczędzić parę groszy na produkcji t-shirtu.

 

Powiedzmy, że chcesz wyprodukować sto tysięcy t-shirtów za nie więcej niż 1,5 dolara za sztukę, czyli praktycznie za darmo. Zaczynamy więc od znalezienia fabryki, która desperacko potrzebuje dużego zamówienia. Właściciel szybko zgadza się na bardzo krótki termin realizacji i przeciętną stawkę 1,9 dolara za t-shirt, bo ciśnie go bank albo obiecał żonie apartament w Londynie po tym jak znowu przyłapała go w hotelu z młodą dupą. My oczywiście wiemy, że nie zdąży na czas, ale przecież tylko o to nam chodzi. Kiedy mija termin odbioru, klient nagle cofa fabryce bankową akredytywę, czyli dostęp do specjalnego rachunku, na który przelał równowartość kosztów całego zamówienia, żeby fabryka miała za co kupić materiały do produkcji. (…) Gość dostaje ultimatum: albo cena leci do 1,3 dolara za t-shirt, albo klient zrywa negocjacje, a wtedy do akcji wkroczy bank. (…) Przyparty do muru właściciel sięga po portfel i chwilowo stabilizuje rozchwiany budżet. Ale zazwyczaj po prostu goni się pracowników do bezpłatnych nadgodzin. Dniówka trwa do siedemnastej. Jak przetrzymasz ludzi w firmie do 22, to w dwa tygodnie odrobią stratę.

 

Luis_Quiles_12

Praca Luisa Quilesa

 

Marek Rabij wylicza też, że każdego dnia sklepy na świecie sprzedają 5,5 miliona koszulek. To daje jakieś 2 miliardy sztuk rocznie. Biorąc pod uwagę fakt, że Bangladesz ma w tym globalnym handlu odzieżowym 20 procent udziału, z Dhaki i jej okolic musi pochodzić 400 milionów t-shirtów.

 

Gdy rozmawiałam o tej książce z Kamilą z Life I Love It, powiedziała mi, że po lekturze połowy sięgnęła po metkę na swojej koszulce nocnej. Zobaczyła, że jest ona „Made in Bangladesh”. Zdjęła, bo po tym, co przeczytała, nie była w stanie w niej spać.

 

Jest w tym moc. W danych, statystykach, opowieściach, opisach. Czegoś w tej pozycji jednak zabrakło. Może bardziej pogłębionych portretów bohaterów. Może przyjrzenia się innym – oprócz finansowych – problemom robotników bangladeskich fabryk. A może po prostu już zbyt dużo się wcześniej naczytałam i naoglądałam na ten temat i oczekiwałam, że ta lektura pozwoli mi się dowiedzieć jeszcze więcej. Ostatecznie przecież jest to pozycja, która ma czytelnikom jedynie przybliżyć temat. Otworzyć oczy.

 

„Życie na miarę” ma jednak pewien cytat, który mnie wprawił w osłupienie i zmusił do refleksji nad idiotyzmem ułomną naturą współczesnego człowieka.

 

Amerykańska agencja marketingowa Refuel w połowie 2015 roku spytała internautów z kilkunastu najlepiej rozwiniętych krajów świata, bez jakich rzeczy nie byliby w stanie żyć. Nowe ubrania znalazły się na piątym miejscu dziesięciu najczęściej wskazywanych produktów. Woda do picia – pięć oczek niżej.

 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marka Rabija „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”, wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. także w postaci ebooka.