fbpx
Menu
podcasty

Czy rośliny domowe są eko?

czy rośliny domowe są eko

W podcaście “Co w tym kosz(yk)u” opowiadam o stylu życia przyjaznym dla środowiska, przybliżam temat mądrych wyborów konsumenckich i zgłębiam świat naturalnych terapii. Sporo dowiesz się też na temat zero waste i odpadów. W tym odcinku razem z moją gościnią spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy domowe rośliny są eko!

 

 

Podcastu możesz odsłuchać również w swojej ulubionej aplikacji podcastowej, jak Spotify, Podcasty Google, Apple Podcasts itd. Wyszukaj go pod nazwą CO W TYM KOSZU i koniecznie zasubskrybuj! Zapraszam Cię też do obserwowania mojego kanału na Youtube.

Ten podcast powstaje dzięki społeczności. Jeśli chcesz wesprzeć moją pracę nad kolejnymi odcinkami „Co w tym koszyku?”, zostań moim Patronem lub moją Matronką na patronite.pl/nanowosmieci

***

A może wolisz przeczytać treść podcastu? Poniżej znajdziesz transkrypcję nagrania.

„Niestety, posiadanie roślin w domu wcale nie jest ekologiczne”, pisze w swoim artykule Ola, autorka bloga Ekomanufaktury.pl. Ola jest copywriterką. Na swojej stronie pisze o lokalnych i ekologicznych produktach wytwarzanych przez małe rodzime manufaktury. Porusza bardzo nieoczywiste tematy w kontekście ekowyborów konsumenckich. Jeden z jej artykułów dotyczył właśnie roślin domowych. O tym czy są one eko, czy nie, Ola zgodziła się opowiedzieć w tym odcinku podcastu.

Julia: Cześć, Ola.


Ola: Cześć, Julia.


J: Powiem Ci szczerze, że jak przeczytałam pierwsze zdanie Twojego artykułu na blogu, to się rozejrzałam po mieszkaniu, zobaczyłam wszędzie stojące kwiaty doniczkowe i pomyślałam: „Jula, chyba nie jesteś bardzo eko”. [śmiech]


O: Ja bym nie chciała, żeby ludzie, czytając ten artykuł, właśnie tak pomyśleli. Może trochę bardziej przemyśleli albo zastanowili się, skąd jest ten kwiatek, który stoi na parapecie albo skąd pochodzi ta roślina, którą ostatnio kupiłam, jak została wyprodukowana, czym ją traktowano. Jestem jak najbardziej za trzymaniem roślin w domu, jeśli to sprawia przyjemność, sprawia, że czujemy się lepiej, bardziej jesteśmy kreatywni, jest nam lepiej we własnym mieszkaniu.


J: Stawiasz bardzo kontrowersyjną tezę na samym początku, że posiadanie roślin w domu niekoniecznie jest ekologiczne. O co w ogóle w tym chodzi?

O: Podam przykład, który może lepiej to zobrazuje. Posiadanie zwierząt, psa czy kota, też nie jest ekologiczne. Są to zwierzęta z hodowli, trzymane w mieszkaniach, w sztucznych, nienaturalnych warunkach. Tak samo jest z roślinami właśnie. Są to rośliny sztucznie produkowane w wielkich uprawach, traktowane różnymi chemikaliami, są to rośliny z różnych kontynentów i jest to po prostu biznes roślinny, który nie zawsze ma wiele wspólnego z dziką naturą.

Ale cofnijmy się o kilka wieków. Jak pisze Ola w swoim artykule na stronie Ekomanufaktury.pl, „trend na ogrody sięga baroku, kiedy to europejska burżuazja, by pokazać swój status, zaczęła zagospodarowywać tereny otaczające posiadłości roślinami ozdobnymi. Kiedy niższa klasa musiała każdy wolny skrawek żyznej ziemi przeznaczyć na uprawy, arystokracja mogła sobie pozwolić na hektary zielonego, równo przystrzyżonego trawnika, który nie miał właściwie żadnego zastosowania. Wydawane ogromne ilości pieniędzy na kolorowe, dekoracyjne rośliny z całego świata. Pieniądze, duża ilość wody czy siły roboczej nie grały wtedy żadnej roli. Do dziś żyjemy ukształtowaną wtedy modą na kwiaty i rośliny, które mają po prostu cieszyć oko”.

O: Jeszcze problem jest taki, że niewiele wiemy na temat produkcji samych roślin przemysłowych. Robiąc research do tego artykułu, naprawdę nie mogłam znaleźć informacji. W hurtowniach, supermarketach, czy nawet w sklepach ogrodniczych sprzedający nie wiedzą, skąd są te rośliny. Czy one były pryskane, czy nie, w jakich warunkach wzrastały, czy były w długim transporcie (czy pochodzą z Ekwadoru na przykład, tak jak większość goździków, czy z Etiopii, gdzie jest bardzo dużo upraw roślin doniczkowych) i jak się będą zachowywać potem w naszym domu. Ile wytrzymają, czy będzie można je potem mieć na swoim parapecie przez lata, czy może właśnie nie, ponieważ już po tych wszystkich przejściach, nakarmione konserwantami, mogą nam szybko uschnąć. Nie ma sposobu, żeby to sprawdzić.

J: Jeżeli chodzi o rośliny cięte, dotarłam do informacji, że 65% importowanych do Europy róż pochodzi z Kenii i Etiopii. Z kolei Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie podaje też, że róże przylatują do nas z Ugandy, z Zimbabwe, z Tanzanii, storczyki z kolei z Tajlandii i Australii, goździki z Kolumbii. Przecież to jest taki kawał świata do pokonania!

O: Tyle się teraz mówi, że powinniśmy przestać latać samolotami, żeby zmniejszyć ślad węglowy, a kupujemy rzeczy, które właśnie tymi samolotami latają, i to codziennie, i to w bardzo dużych ilościach. Cały czas jest bardzo mało takich lokalnych upraw kwiatów, upraw organicznych, ale właśnie też dlatego warto je wspierać. Uważam, że nie należy popadać w skrajności, czyli “skoro te róże pochodzą z Kenii, to ja już nigdy nie kupię żadnych kwiatów mojej kobiecie”. Nie, wręcz przeciwnie, kupujmy kwiaty, zrywajmy je na łące, tylko właśnie sprawdźmy, skąd one są. Może znajdziemy jakiegoś ciekawego dystrybutora albo lokalną kwiaciarnię, która ma w swoim asortymencie kwiaty z lokalnej odręcznej uprawy.

„Pojedyncza róża potrzebuje 1,5 litra wody dziennie, a na każdej plantacji rosną ich miliony. By zapewnić stały dostęp do wody, plantacje lokowane są blisko dużych zbiorników wodnych. Przykładem może być jezioro Naivasha w Kenii, wokół którego co chwilę powstają nowe różane plantacje. Jezioro to, będące jedynym źródłem wody pitnej dla mieszkańców pobliskich miejscowości oraz zwierząt, od lat powoli umiera. Obniża się poziom wody. Znikają ryby i inne zwierzęta. Do wód trafiają ogromne ilości substancji chemicznych wykorzystywanych przy nawożeniu plantacji. Skażoną wodę piją mieszkańcy okolicznych wiosek i w ten sposób stają się kolejnymi ofiarami kwiatowego biznesu” – podaje Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie.

J: A do jakich informacji między innymi dotarłaś, przygotowując ten artykuł, jeżeli chodzi o uprawę tych kwiatów?

O: Rozmawiałam z Radkiem z Kwiaty i Miut. To jest chyba jedna z niewielu organicznych upraw i kwiaciarni, która osiągnęła ogólnopolski sukces i jest rozpoznawalna. On mi opowiedział, że są uprawy przemysłowe, gdzie hoduje się dużo kwiatów, które mają szybko rosnąć, na nich ma się zarobić dużo pieniędzy. Drugi rodzaj to są takie uprawy bardziej z zamiłowania i z miłości do kwiatów. To są właśnie te lokalne marki i lokalni dystrybutorzy, którzy już nie patrzą tak bardzo na zyski, tylko swoją miłość do roślin, którą chcą się dzielić. Oni nie stosują sztucznych nawozów, nie używają pestycydów, ponieważ nie chcą ingerować w środowisko.

Choć ochrona lokalnego ekosystemu powinna być priorytetem dla krajów, w których produkuje się kwiaty na masową skalę, aspekt ten jest zazwyczaj pomijany. Najbardziej rażącym przykładem degradacji środowiska jest nieodpowiednie zarządzania substancjami chemicznymi stosowanymi przy uprawach. Substancje te nie tylko stanowią zagrożenie dla pracowników, ale dodatkowo są bardzo szkodliwe dla środowiska. Przede wszystkim nie istnieje żadna polityka ich utylizacji, w tym utylizacji pojemników zawierających ich skoncentrowane pozostałości. Resztki te są zazwyczaj zakopywane w ziemi bez żadnego zabezpieczenia. Oznacza to, że przedostaną się do gleby i wód gruntowych, co prowadzi do wyjałowienia gleby, a w dalszej perspektywie czasowej może doprowadzić do katastrofy ekologicznej.

O: No i też warunki, w jakich pracują ludzie. Czytałam, że chyba w Etiopii na jednej z upraw kwiatów robiono badanie moczu pracowników, w którym znaleziono właśnie niebezpieczne substancje chemiczne, którymi pryska się kwiaty, żeby nie złapały jakiejś choroby.

„Życie nieusłane różami”, pisze Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie i podaje w swoim artykule takie informacje: „Na plantacjach pracują głównie młode kobiety. Wiele z nich pada ofiarą tragicznych wypadków, ale prawdziwe dane nie są znane, gdyż statystyki są utajniane. Ich przełożonymi są głównie mężczyźni, którzy często wykorzystują je seksualnie. Za swoją ciężką pracę nie dostają godziwej zapłaty. Pracownicy nie mają prawa zrzeszania się w związkach zawodowych. Pracują codziennie po kilkanaście godzin, bez odpowiedniego zabezpieczenia i masek. Brak zabezpieczeń przeciwko toksycznym substancjom, takim jak pestycydy czy herbicydy, prowadzi do wielu chorób. Podczas przeprowadzanego w 2009 roku badania wykryto, że pośród stu dwudziestu substancji stosowanych na plantacji w etiopskim regionie Oromia aż piętnaście jest zaklasyfikowanych jako rakotwórcze przez Światową Organizację Zdrowia”. „Pomimo że możliwość pracy na plantacjach kwiatów zwiększa migrację w rejony, gdzie są one zlokalizowane, nie wszyscy znajdują w nich zatrudnienie. Dodatkowo brak infrastruktury powoduje powstawanie slumsów, które nie tylko nie zapewniają odpowiednich warunków mieszkaniowych, ale w których obserwuje się nasilenie przestępczości, rozpad tradycyjnych więzi rodzinnych i inne problemy społeczne. Slumsy są także dodatkowym, olbrzymim obciążeniem dla środowiska” – czytamy na stronie Afryka.org.

O: Roślina, aby przeżyć taką drogę i przetrwać zmieniające się warunki, musi być naszpikowana różnymi substancjami. Taka roślina, jak trafi do naszego domu i już nie dostaje tych substancji, po prostu umiera. Roślina to jest organizm żywy, czyli który też się uzależnia, też się przyzwyczaja. Rośliny hodowane w szklarniach, gdzie mają idealne warunki, jest im ciepło i wilgotno, jak trafią do ogrzewanego mieszkania, gdzie powietrze jest suche, bardzo łatwo nam padną, czyli to są jednorazowe wręcz produkty. W przypadku kiedy supermarkety sprzedają rośliny, jest duże ryzyko, że będą mieć one jakieś utajnione choroby. Nie wiemy, czy one się po drodze czymś nie zaraziły. Potem te choroby mogą się przenieść na inne rośliny, które mamy w domu. Ja akurat właśnie miałam taką sytuację, że dostałam kwiatka z jakiejś okazji, w doniczce, bardzo ładny, a po kilku dniach miałam pasożyty na wszystkich roślinach i musiałam je wyrzucić.

J: To jest bardzo ciekawe, co mówisz. Zauważyłam, że jak zdarzy mi się w jakimś dużym sklepie ogrodniczym czy budowlanym przy okazji jakichś tam zakupów gwoździ zobaczyć jakiś kwiatek, który jest niemrawy, chciałoby mi się go uratować, i serce mi się kraje, jak patrzę na tę bidulę, i zgarniam do domu, cokolwiek bym nie robiła, podlewała jakimiś biohumusami, przesadzała do normalnego środowiska, do gleby dobrej jakości, do kompostu nawet, to po dwóch trzech dniach, góra tygodniu, ta roślina i tak przechodzi za tęczowy most i nic w ogóle się z nią dobrego nie dzieje.

O: I to nie zawsze sią wiąże z naszym brakiem umiejętności. Tak trochę prześmiewczo mówimy: „Nie mam ręki do roślin, wszystkie mi umierają”. A może to właśnie nie chodzi o nas, tylko o te roślinki, które już tyle przeżyły w swoim krótkim życiu, że nie są w stanie przetrwać w naszych warunkach domowych. Jak mówiłaś o przesadzaniu do ziemi, to niewiele z nas wie, że takie rośliny, jak są w małych doniczkach w sklepach, to są zwykle na podłożu torfowym albo na jakimś substracie z palmy olejowej. To jest środowisko, które ma zabezpieczać roślinę przed jakimiś pasożytami, mikroorganizmami, ale nie można trzymać tej rośliny długo na takim podłożu, bo ona najnormalniej w świecie nie jest w stanie w nim przetrwać.

J: Dużo sklepów ogrodniczych bardzo świadomych i ekologicznych już właściwie odchodzi od tych torfowych wypełniaczy. Warto powiedzieć, że to nie jest ekologiczne. Bardzo często jak kupujemy ziemię uniwersalną w sklepie w workach dziesięciolitrowych do przesadzania własnych roślin, to ta ziemia jest urozmaicana właśnie torfem, który nie jest ekologiczny, bo prowadzi do zagłady torfowisk.

Naturalne złoża torfowe występuje na terenach podmokłych. Wydobycie torfu z takich miejsc to poniekąd uszkodzenie takiego naturalnego siedliska, a to z kolei skutkuje uwalnianiem gazów cieplarnianych do atmosfery. Marta Jermaczek-Sitak, ekolożka, w wywiadzie dla Money.pl zaapelowała, by nie kupować sadzonek roślin sprzedawanych masowo, na przykład w marketach budowlano-ogrodniczych. Powiedziała w wywiadzie tak: „Uprawa sadzonek to wyłącznie torf. Ogromne ilości torfu wydobywanego z mokradeł, których mamy coraz mniej, a które są jednym z kluczowych elementów prawidłowego krążenia węgla i wody na naszej planecie, nie wspominając o ich ważnej roli w ochronie bioróżnorodności. Substrat torfowy szybko się zużywa i każda szklarnia potrzebuje go coraz więcej i na nowo. Producenci roślin zamawiają go w dziesiątkach tysięcy litrów. Całe tiry torfu na produkcję kwiatków i tujek”. Przy okazji tego wywiadu Marta Jermaczek-Sitak zwróciła uwagę, że nie chodzi tylko o niekupowanie torfu, ale też roślin, bo wszystkie są uprawiane w torfie.

O: Cały czas nie ma certyfikatu na kwiaty, tak jak jest certyfikat na przykład na bawełnę. Certyfikat gwarantuje, że tkanina z bawełny pochodzi z upraw fair trade, gdzie pracownicy mają podstawową płacę i zapewnione dobre warunki, że nie są używane chemikalia czy nie są to rośliny GMO. Cały czas w przypadku roślin ozdobnych nie ma takiego dokumentu, nikt tego nie sprawdza.

J: Kenia co prawda ma coś takiego jak Kenia Flower Council, która zrzesza jakieś 60% producentów kwiatów ciętych i oni nawet wystosowali taki swój własny wewnętrzny certyfikat, który się nazywa Srebrnym Standardem. Ale umówmy się, to jeden kraj coś takiego zastosował na wszystkie te kraje, które uprawiają kwiaty na skalę masową. Jest jeszcze certyfikat Fair Trade, który można też byłoby zastosować w przypadku kwiatów, ale bardzo mało producentów może się pochwalić tym, że legitymują się tym certyfikatem. To co możemy zrobić w takim razie, skoro mamy tak bardzo mało informacji na temat pochodzenia, na temat uprawy, warunków pracy, warunków uprawy, degradacji środowiska bądź nie?

O: Mnie się wydaje, że jeśli chodzi o rośliny doniczkowe, warto rozejrzeć się, czy możemy taką roślinkę na przykład dostać za darmo. Wymiana roślin między ludźmi. Mamy koleżankę, która się przeprowadza, nie może wziąć ze sobą roślin, bo ma ich za dużo. Możemy organizować takie plant swaps. Dobrym rozwiązaniem jest rozmnażanie roślin. W internecie jest mnóstwo poradników jak rozmnażać rośliny. Wychodzi na to, że nie musimy kupować na przykład monstery w sklepie, tylko jeśli znamy kogoś, a na pewno znamy kogoś, kto ma monsterę w domu, to wystarczy, że weźmiemy łodyżkę z przynajmniej dwoma listkami, możemy ją ukorzenić i posadzić u siebie. To jest nie tylko ekologiczne rozwiązanie, ale też oszczędność dla nas. To jest fajny pomysł na prezent, na przykład jeśli mamy monsterę i chcemy się nią podzielić. To nas
nic nie kosztuje. Można też sadzić rośliny z nasion. Jeśli będą posadzone u nas w domu, na naszym balkonie, czy parapecie, od początku będą przyzwyczajone do tych warunków i jest większe prawdopodobieństwo, że się utrzymają dłużej niż rośliny kupione. I rozglądać się za lokalnymi roślinami, sezonowymi, popularnymi w Polsce jak na przykład paprotka czy fikus. To są rośliny, które tu występują i które dobrze się trzymają w mieszkaniach. A jeśli już chcemy kupić jakąś roślinkę albo kwiaty cięte, to polecam zapytać po prostu w kwiaciarniach, czy mają, albo czy mogą sprowadzić jakieś kwiaty z uprawy organicznej, skąd pochodzą te kwiaty, które sprzedają i szukać właśnie takich źródeł. Wiem, że może być to ogromnym wyzwaniem, ale nawet w internecie jest coraz więcej sklepów internetowych, które proponują rośliny z lokalnych upraw. Jak kupujemy bukiet, poprosić, żeby nie pakować go w celofan i nie przewiązywać wstążkami, tylko na przykład w jakiś ładny papier. Jeśli kupujemy rośliny online, też poprosić o pakowanie bez plastiku. To jest zawsze dobra opcja. Odpady, które się wiążą z taką produkcją roślin, z którymi nie wiadomo co robić. Okazuje się, że plastikowe doniczki nie są skupowane przez żadne miejsca, nie można ich oddawać do sklepów ogrodniczych. Nawet jak wrzucimy taką czarną, plastikową doniczkę do żółtego kontenera, ona nie zostanie oddzielona w prawidłowy sposób, ponieważ większość maszyn w sortowniach nie rozpoznaje czarnego plastiku i nie ma jakiegoś systemu przetwarzania takiego typu materiału. Nie wspominając o odpadach związanych z bukietami kwiatów, czyli wstążkami, celofanem, ozdobami. To też są takie odpady, z którymi ciężko sobie poradzić.

J: Dziękuję Ci bardzo za tę rozmowę. Szerzmy wiedzę na temat ekologicznych rozwiązań. To jest nieoczywisty bardzo temat, że rośliny domowe mogą być nieeko. Myślę, że niewiele osób zdawało sobie sprawę przed tym odcinkiem, że coś takiego może w ogóle być. Bardzo dużo rozmawiamy o tym, że są rozwiązania, które nie są eko, dużo się mówi o ubraniach, dużo się mówi chociażby też o książkach, ale właściwie sama po raz pierwszy się natknęłam na informację, że rośliny domowe mogą nie być eko i po raz pierwszy zaczęłam się nad tym zastanawiać, że rzeczywiście, fakt, tak może być.

O: Dokładnie. I tak jak już wspomniałam na początku, nie jestem za skrajnymi rozwiązaniami, więc nie chciałabym, żeby ktoś, dowiadując się o tym, wziął wszystkie rośliny i je wyrzucił, bo nie o to chodzi. Jestem jak najbardziej za tworzeniem swojej własnej dżungli w mieszkaniu, ale uważam, że fajnie jest się dowiedzieć na ten temat. Na przykład zamiast kupować nowe rośliny, uratować jakieś. Myślę, że fajnie jest się interesować takimi rzeczami, bo mają one dobry wpływ na środowisko i też na nas. Nie musimy kupować na przykład sztucznych nawozów w sklepie. Możemy sami nawozić wodą po ryżu czy kawą i też te roślinki będą nam za to wdzięczne, będą nam też pięknie rosły.


J: Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę.


O: To ja dziękuję za zaproszenie.

I na koniec tradycyjnie bardzo dziękuję moim matronkom i moim patronom za to, że wspierają mnie w tym, co robię. To dzięki Wam powstają kolejne odcinki ego podcastu. A jeśli ktoś z Was, słuchając, od teraz chce dołączyć do tego grona, serdecznie zapraszam na Patronite.pl/nanowosmieci.

Jeśli interesuje Was temat ekologicznego stylu życia, sporo artykułów na ten temat znajdziecie też na mojej stronie Nanowosmieci.pl, a także w mediach społecznościowych: na Facebooku, na Instagramie i na YouTube.

Pa pa!