fbpx
podcasty

Co w tym koszu #7: 12 gadżetów i rozwiązań zero waste, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia, a dziś uważam za zbędne

zero waste

Już dawno chciałam poruszyć ten temat. Chodził za mną od dłuższego czasu i uwierał na długo przed tym, jak w ogóle pomyślałam o nagrywaniu podcastów. Bo temat pojawił się poniekąd wraz z rosnącą popularnością pojęcia zero waste w mainstreamie, a poniekąd w związku z moim własnym rozwojem i przez to też świadomej rezygnacji z pewnych rzeczy. Usiądźcie wygodnie – w dzisiejszym odcinku opowiem Wam o 12 zero waste’owych gadżetach i rozwiązaniach, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia, a dziś uważam za zbędne.

Kliknij, by odsłuchać podcastu

Podcastu możesz odsłuchać również na moim kanale na Youtube i w Twojej ulubionej aplikacji podcastowej, jak Spotify, Podcasty Google, Apple Podcasts itd. Wyszukaj go pod nazwą CO W TYM KOSZU i koniecznie zasubskrybuj!

***

Może wolisz przeczytać treść podcastu?

Cześć! Dzień dobry!

To jest – o matko! – już siódmy odcinek podcastu. Biorąc pod uwagę, że kolejne odcinki wypuszczam raz w miesiącu (jakoś tak się złożyło, że zawsze na początku), to mam już 7 miesięcy regularnego podcastowania. Nieźle! Ależ ten czas zasuwa!

Już dawno chciałam poruszyć ten temat. Chodził za mną od dłuższego czasu i uwierał na długo przed tym, jak w ogóle pomyślałam o nagrywaniu podcastów. Bo temat pojawił się poniekąd wraz z rosnącą popularnością pojęcia zero waste w mainstreamie, a poniekąd w związku z moim własnym rozwojem i przez to też świadomej rezygnacji z pewnych rzeczy. I tak za mną ten temat chodzi, chodził, aż zapytałam w Liściku bez śmieci, czyli w moim newsletterze, co Wy na to, bym nagrała o tym podcast. Odzew był przeogromny! I był oczywiście na tak! Dopytałam jeszcze swoich Patronów i Matronki, bo nie wiem, czy wiecie, ale moje podcasty powstają dzięki osobom wspierającym mnie w serwisie Patronite.pl. Więc zapytałam te osoby, co powiedzą na taki właśnie temat najbliższego odcinka. A że powiedziały głośno TAK, no to mamy to!

Temat dzisiejszego odcinka „Co w tym koszu” brzmi: 12 zero waste’owych gadżetów i rozwiązań, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia, a dziś uważam za zbędne.

Zanim przejdę do sedna, chciałabym jeszcze z całą stanowczością podkreślić, że to, co padnie w tym nagraniu – to moje prywatne zdanie, wynikające z moich prywatnych doświadczeń. Absolutnie nie musicie się ze mną zgadzać, absolutnie nie oczekuję, że będziecie mieli takie same doświadczenia jak ja i będziecie w tym samym miejscu, co ja. Nie, macie prawo do swoich własnych wyborów, do swojego zdania i swoich własnych doświadczeń.

Skoro to mamy już wyjaśnione, to lecim na Szczecin!

Moja przygoda z zero waste zaczęła się, można powiedzieć w 2015 roku, kiedy założyłam bloga Na nowo śmieci. Na samym początku skupiałam się na upcyclingu, czyli na przeróbkach. Przerabiałam stare ubrania na akcesoria czy elementy wystroju; puste opakowania po czymś przekształcałam w szkatułki i tak dalej. Zresztą, możecie wejść na stronę nanowosmieci.pl i nadal zapoznać się ze wszystkimi tutorialami. I był to już wtedy element zero waste, bo dzięki przeróbkom mniej rzeczy trafiało o kosza, ale ja jeszcze wtedy nie nazywałam tego zero wastem. Dopiero gdzieś rok później, czyli w 2016 roku zaczęłam bardziej świadomie podchodzić idei ograniczania odpadów. I przecierać zero waste’owe szlaki.

No więc kiedy zaczynałam ograniczać odpady w swoim życiu, oczywiście jednym z pierwszych kroków było przestawienie się na wielorazowe odpowiedniki jednorazówek. I tu dochodzimy do pierwszego gadżetu.

Gadżet nr 1: płatki wielorazowe

To jasne, że wcześniej używałam do demakijażu jednorazowych płatków kosmetycznych. Wieszałam sobie walcowate opakowanie przy lustrze w łazience i wyjmowałam od spodu, wiecie, po jednym płatku. Więc któregoś pięknego razu stwierdziłam, że dość tej rozpusty. Akurat zbliżał się długi majowy weekend, więc postanowiłam wykorzystać ten czas na robótki ręczne. Powiem szczerze, że tej majówki nie zapomnę do końca życia, bo podczas gdy moi znajomi świetnie bawili się na grillu, ja ręcznie obrębiałam kilkanaście płatków kosmetycznych! Wtedy nie miałam jeszcze w domu maszyny do szycia z overlokiem ani nawet z zygzakowym ściegiem, który obszyłby brzegi tych płatków wyciętych ze starego szlafroku, więc żeby te brzegi się nie siepały, trzeba było je ręcznie obszyć. A że to, co robię, robię solidnie, to na wykonanie tych wielorazowych płatków ubiłam całą majówkę! Najgorsze było to, że wcale jakoś długo z tych płatków później nie korzystałam. Nie wiem, może z rok, maksymalnie dwa. Ale nie dlatego, że one się zniszczyły – nie, pod tym względem akurat polecam wielorazówki, bo mogą posłużyć przez dłuższy czas i dzięki temu oszczędzić Wam naprawdę bardzo dużo jednorazówek. Nie, po prostu nie wzięłam pod uwagę faktu, że to ograniczanie opadów doprowadzi mnie do minimalizmu i generalnie do ograniczania gadżetów wszelakich w swoim otoczeniu. Albo może lepiej powiedzieć: do ograniczania się do tego, co jest mi naprawdę niezbędne. Płatki kosmetyczne, nawet te wielorazowe, stopniowo popadały w zapomnienie, sięgałam po nie coraz rzadziej i rzadziej, aż wcale przestałam. Dzisiaj zamiast płatków nie używam niczego. Jeżeli mam na sobie makijaż, to nakładam na twarz olej i kosmetyki tak jakby rozpuszczam w tym oleju, a potem zmywam glinką, bo twarz myję glinką. A jak potrzebuję nanieść na przykład tonik, to pryskam nim z butelki z rozpylaczem bezpośrednio na twarz.

Gadżet nr 2: szklany dzbanek z filtrem

Ten gadżet również przywędrował do mnie na samym początku zero waste’owej przygody. No bo tak: gdy zaczęłam się przestawiać na wielorazowe odpowiedniki jednorazówek, to też generalnie przyjrzałam się jednorazówkom i opakowaniom, które w sporych ilościach wyrzucaliśmy do kosza. Zauważyłam wtedy – a to było akurat upalne lato – że z opakowań do kosza trafiało bardzo dużo plastikowych butelek po wodzie. Bo nie wiem jak Wy, ale ja od dziecka słyszałam w domu, że kranówki się nie pije, bo jest brudna, bo można się zatruć albo jakąś cholerę złapać. I może wtedy była to prawda, ale przez kolejne ćwierćwiecze wiele się w tej kwestii zmieniło. A mimo to nadal miałam w głowie barierę psychologiczną przed piciem kranówki. Ok – stwierdziłam – rezygnujemy z wody butelkowanej, ale w takim razie zainwestujemy w dzbanek z filtrem. I tu zaczęły się schody. Po pierwsze, dlatego że dzbanek wybrałam szklany. Wolę szkło od plastiku, bo nie mam wtedy obaw, że po jakimś czasie razem z wodą będę połykać nanoplastik. A poza tym, mam też lepsze samopoczucie psychiczne, jak spożywam z naczyń ceramicznych i szklanych, a nie plastikowych czy papierowych, które kojarzą mi się z pośpiechem, jednorazowością, bylejakością. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego: że w naszym domu żyje sobie potężna siła, która sprawia, że nawet stojący sobie spokojnie na blacie szklany dzbanek potrafi sobie z tego blatu spaść i roztrzaskać się na milion kawałków. Tą siłą jest nasz kot. A dzbanek rzeczywiście roztrzaskał się na milion kawałków. Jeszcze gorsze w tym wszystkim było to, że tych stłuczonych szklanych skorupek nie wolno było wrzucić do pojemnika na szkło, tylko należało wrzucić do kosza na zmieszane. Jeśli po tym, co właśnie powiedziałam, zrobiliście wielkie ze zdumienia oczy, to odsyłam Was do 2. odcinka podcastu, w którym mówiłam, dlaczego nie każde szkło można wrzucać do kosza na szkło.

A wracając. Co robiłam, kiedy potłukł się pierwszy dzbanek? Kupiłam drugi, też szklany. Niczego życie nie uczy, co nie? Na szczęście ten drugi dzbanek nie skończył już tak tragicznie, ale w ogóle to skończył. Powodem były filtry. Słuchajcie, filtr należało wymieniać raz na 3 tygodnie. Czyli po tych 3 tygodniach zostawało się z kawałkiem plastiku wielkości dłoni, który należało wyrzucić do zmieszanych, bo nie było żadnych zbiórek tych filtrów w celu ich recyklingu. O ile wiem, ten producent nadal nie ma programu recyklingu własnych filtrów. Pierwsze filtry jeszcze próbowałam zagospodarowywać na własną rękę – na moim blogu możecie znaleźć instrukcję wykonania zielnika z zużytych filtrów. Ale umówmy się: przerobisz w ten sposób 5 filtrów, 6, 7 – a co z resztą? Wydało mi się kompletnie bez sensu, żeby wodę w butelce PET, która to butelka jest potencjalnie dobrze recyklingowana w Polsce, zastąpić filtrem, który wcale nie jest recyklingowany. Co to za interes? Skoro postanowiłam ograniczać odpady, to trzeba je ograniczać z sensem. I tak z dnia na dzień przestałam filtrować wodę. Zaczęłam pić kranówkę. Chociaż na początku zawsze coś do tej wody dodawałam – liście mięty, plasterek ogórka, sok z cytryny lub pomarańczy, żeby zabić posmak kranówki. Z perspektywy czasu powiem, że tak naprawdę największym wyzwaniem było mentalne przestawienie się na picie kranówki, takie przesunięcie wajchy w głowie, że jednak się da, że można pić wodę z kranu. Jakość wody pitnej jest w wodociągach non stop monitorowana, na stronie miejskich wodociągów z reguły są publikowane wyniki tych badań. Jeśli jednak macie wątpliwości, czy woda w waszym budynku nadaje się do picia, to warto zwrócić się z tym do administracji albo też samodzielnie wykonać badania w sanepidzie, z tym że trzeba liczyć się z kosztem rzędu kilkuset złotych.

jak dbać o myjkę

Gadżet nr 3: myjka konopna do naczyń

I to jest gadżet, którym na samym początku swojej zero waste’owej drogi totalnie się zachwyciłam. Robiłam warsztaty dziergania tych myjek konopnych, opowiadałam o nich na blogu, podczas wykładów czy innych zero waste’owych warsztatów. Nadal zresztą mam na blogu artykuł o tym, jak na co dzień dbać o tę myjkę: jak ją wyparzać, jak ją czyścić. A potem przestałam jej potrzebować!

I tu się nałożyły dwie sprawy. Po pierwsze, ja się tak bardzo zachwyciłam tymi myjkami konopnymi dlatego że w momencie, gdy pojawiły się w moim życiu, one były tak naprawdę jedyną alternatywą dla tych popularnych poliuretanowych gąbek do mycia naczyń. Myjki były czymś naturalnym, czymś bez tworzywa sztucznego, czymś, co miało dłuższy żywot, bo w przeciwieństwie do gąbek, myjki można było chociażby wyparzyć i w ten sposób zabić drobnoustroje. Potem, w miarę coraz większej popularności idei zero waste, zaczęły się pojawiać inne – wygodniejsze – alternatywy dla poliuretanowych gąbek. Dlaczego wygodniejsze? Dlatego że myjkę trzeba było najpierw wykonać. Ten, kto choć raz wydziergał na drutach taką myjkę, wie o tym, jak bardzo potem bolą ręce, jak bardzo jest zdarta skóra na palcach. I że zrobienie myjki zajmuje sporo czasu. W użytkowaniu myjka też jest dosyć specyficzna, dlatego że robi się sztywna po namoczeniu i może nie być wygodna. Zaczęłam więc w międzyczasie testować inne rozwiązania. I ostatecznie zatrzymałam się na szczotce do mycia naczyń. Jest drewniana, przy odpowiednim przechowywaniu również starcza na długo, jest wygodna w użyciu, a przy tym nie muszę jej robić ręcznie. A drugi powód, dlaczego przestałam używać myjki i dlaczego rzadziej używam szczotki, to przeprowadzka, remont i zamontowanie zmywarki. Nie ma moim zdaniem lepszego i bardziej ekologicznego rozwiązania niż zmywarka z trybem eko, który pobiera bardzo mało wody (u nas to jest 6 czy 7 litrów na cały cykl) i bardzo mało energii, super się sprawdza przy zmywaniu na co dzień.

I nie byłabym sobą, gdybym w tym momencie nie dodała, że jeśli używacie myjek konopnych, to nie wyrzucajcie proszę zużytych myjek do odpadów bio, czyli do brązowego kontenera. Często widzę dyskusje o tym w grupach zero waste’owych i widzę argumenty, że przecież taka myjka jest biodegradowalna, więc jak najbardziej nadaje się do kosza na bio. Ale nie! Nie nadaje się! Owszem, jest biodegradowalna, ale ta biodegradacja nie następuje w parę tygodni kompostowania. O kompostowni przemysłowej opowiadałam w jednym z poprzednich odcinków podcastu, zachęcam do odsłuchania, jeśli ten temat Was interesuje. Poza tym, wyobraźcie sobie, że do kosza na bio wyrzucacie bawełnianą skarpetkę – no przecież nie wyrzucacie (przynajmniej mam taką nadzieję, że nie wyrzucacie)? Ale właściwie, to czemu nie wyrzucacie bawełnianych skarpet, koszul, t-shirtów do bio, bo przecież jest to biodegradowalne? Droczę się oczywiście, ale mam nadzieję, że dzięki temu rozumiecie już dlaczego nie należy wyrzucać myjek do brązowego kosza.

Skoro jesteśmy przy biodegradacji i koszu na bio, opowiem Wam przy okazji o kolejnym gadżecie. To będzie już czwarty gadżet.

Gadżet nr 4: bambusowa szczoteczka do zębów

Bambusowe szczoteczki do zębów pojawiły się bardzo szybko w zero waste’owym mainstreamie. I ja, na fali ograniczania plastiku, po te bambusowe szczoteczki na początku sięgałam. Używałam ich chyba – bo ja wiem – może przez 2 lata. Trochę to w każdym razie trwało. Chociaż już od początku miałam do tych szczoteczek pewne „ale”.

Po pierwsze, bardzo mi przeszkadzało to, że powstają one na drugim końcu świata. A jeśli znacie mnie albo obserwujecie moją działalność od dłuższego czasu, to prawdopodobnie wiecie, że mocno się opowiadam po stronie lokalności. No więc te bambusy przetransportowane z Azji bardzo mocno mnie uwierały.

Po drugie, bambusowe szczoteczki miały bardzo nietrwałe włosie. I tu można oczywiście mówić, że pewnie mocno dociskam szczoteczkę do zębów albo że szczoteczki tak czy siak trzeba często wymieniać, ale jeżeli po tygodniu-dwóch korzystania ze szczoteczki to włosie tańczy każde w swoją stronę, czego nie obserwowałam przy wcześniejszych szczoteczkach do zębów, to znaczy, że coś jest tu nie tak.

Po trzecie, bambusowe rączki tych szczoteczek bardzo szybko zaczynały mi pleśnieć. Nawet jeżeli w pojemniku, w którym szczoteczki przechowywałam w pozycji pionowej, były wykonane otwory na odpływ, to mimo wszystko, z racji tego, że trzonek jest wykonany z naturalnego materiału, na końcu zaczynały się pojawiać ciemne plamy pleśni.

A po czwarte, po tak dość długim okresie korzystania z bambusowych szczoteczek, przyznałam się do tego przed dentystką, która ze względów zdrowotnych odradziła mi korzystanie z tych szczoteczek. I tu – uwaga, uwaga – postanowiłam wypróbować coś jeszcze. Mianowicie, postanowiłam zanabyć drogą kupna nasze lokalne szczoteczki, wykonywane w pracowni w Warszawie, gdzie mieszkam, z drewna. Naszego, lokalnego drewna. Oraz – szczeciny z dzika lub świni. W każdym razie to, że włosie pochodzi od zwierzaka było w tej szczoteczce bardzo czuć i nie dałam rady jej używać więcej razy niż parę. Natomiast nadal mam tą szczoteczkę, nie wyrzuciłam jej, w tym momencie służy do sprzątania w łazience.

A jeśli już mówimy o wyrzucaniu, to też czuję się w obowiązku przypomnieć, że drewnianych i bambusowych szczoteczek nie wyrzucamy do kosza na bio – o tym więcej mówiłam w 2. bodajże odcinku podcastu, odsyłam Was tam.

Pozostając w wątku dentystycznym, chciałabym podzielić się z Wami jeszcze jednym zero waste’owym rozwiązaniem, które dawniej uważałam za lepsze dla środowiska, a które jak okazało się, jest gorsze dla człowieka.

Numer 5: pasta do zębów domowej roboty

Lubię na sobie eksperymentować. A właściwie, powinnam powiedzieć: zanim podzielę się jakimś pomysłem ze światem, testuję go na sobie. Nawet nie wyobrażacie sobie, ile tutoriali i instrukcji nie ujrzało światła dziennego, bo doszło do tragedii… Bo dostałam uczulenia, bo coś się rozpadło, bo coś się zepsuło, bo coś się nie sprawdziło i tak dalej. Natomiast ten pomysł na samym początku wydawał mi się być bardzo trafnym. Zrobienie własnej pasty do zębów z glinki, oleju kokosowego i olejków eterycznych było szybkie, proste. Dodatkowo do przechowywania wykorzystałam stary pojemnik po fluidzie, taki z pompką. Cieszyłam się, bo dałam przedmiotowi drugie życie. No i wiecie, wszystko niby pięknie i fajnie, ale! Skończyło się w momencie wizyty u dentystki, która dobitnie uświadomiła, że podczas ograniczania opadów warto wziąć pod uwagę własne zdrowie. Bo zdrowie jest ważniejsze od zero waste. Od tamtej pory nie kombinuję już z pastami domowej roboty, bo też uznaję, że nie mam odpowiedniej wiedzy do tego, by tworzyć takie pasty, które nie szkodzą. Więc po prostu oddaję się w ręce specjalistów i kupuję pasty. Z tym, że raz mi się zdarzyło trafić w sklepie na pastę, która była zła. Tak bardzo zła, jak tylko zła być może, mimo że na opakowaniu była informacja, że jest super-puper, eko, bio, srio itd. Mój błąd, że nie przeczytałam składu. Bo gdybym przeczytała, nigdy bym takiej pasty nie kupiła, bo zawierała w sobie: olej kokosowy, olejek z drzewa herbacianego, ksylitol i sodę. To jest skład, którego też używałam w swoich domowych pastach i dziś już wiem, że to jest bardzo zły skład, jeszcze gorszy od tego, który zawiera glinkę, bo soda m.in. zdziera szkliwo. Nie polecam.

No dobrze. Skoro jesteśmy w łazience, to w niej jeszcze przez chwilę pozostańmy. Opowiem Wam o rozwiązaniu, z którego zrezygnowałam, mimo że na początku wydawało mi się super fajną opcją zero waste’ową!

Numer 6: pasta cukrowa do depilacji

Słuchajcie, może depilacja pastą cukrową w salonach wygląda inaczej – nie wiem. Wiem, że robienie tego w domowych warunkach było totalną katastrofą. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą, na czym polega depilacja pastą cukrową… już tłumaczę. Otóż, pastę cukrową przygotowuje się w domu z cukru, wody i odrobiny soku z cytrynu. Ten cukier trzeba w garnku skarmelizować, ale nie doprowadzając do konsystencji twardego kamienia. Pasta musi przypominać plastelinę. Ma być miękka, przylepiać się do skóry, bo depilacja polega właśnie na tym, że pasta przylepia się do skóry i jak szybko ją zerwiemy, to razem z włoskami. I mimo całej swojej naturalności i łatwości w przygotowaniu, ta metoda miała w moim odczuciu, swoje wady.

Po pierwsze, przygotowanie pasty wiązało się z olbrzymim bajzlem. Kuchenka, garnek, mieszadło – wszystko było lepkie, słodkie i dość trudne do umycia. Trzeba było namoczyć te naczynia, namoczyć kuchenkę i dopiero jak ten karmel puścił, można było umyć. Za dużo zachodu.

Po drugie, upaćkane było wszystko też w łazience, gdzie uprawiałam zabiegi depilacyjne. Bo nadwyżkę pasty cukrowej (a dobrze jest zrobić trochę więcej, żeby za każdym razem nie musieć jej robić) przechowuje się w lodówce i przez użyciem trzeba ją ogrzać w dłoniach i doprowadzić do konsystencji plasteliny. A potem takimi lepkimi rękami dotyka się czegoś w łazience – blatu, kranu, brzegu wanny, na którym się siada. I po wszystkim jest wielkie sprzątanie i szorowanie tych wszystkich lepkich śladów. Bardzo to czasochłonne.

Trzeci powód, dlaczego zrezygnowałam z depilacji cukrowej był taki, że była ona cholernie bolesna, a przy tym bardzo nieskuteczna, bo zostawiała pojedyncze włoski tu i tam, więc tak czy siak trzeba było asekuracyjnie wspierać się jakąś dodatkową metodą depilacji.

Dlatego po kilku miesiącach stosowania depilacji cukrowej, stwierdziłam, że to nie ma sensu i wybrałam maszynkę do golenia.

No dobra, nadal jesteśmy w łazience. Często łazienki mamy połączone z toaletą, więc przechodzimy do kolejnego gadżetu, który w tej toalecie nam towarzyszy. I tu uczulam osoby wysoce wrażliwe na tego typu treści i mające bardzo bogatą wyobraźnię, tudzież osoby, które właśnie jedzą śniadanie, że za chwilę mogą paść „smaczki”.

Gadżet nr 7: toaleta wodooszczędna

Słuchajcie, to miał być hit! To miał być mój prywatny, osobisty hit – bardzo przemyślany, upatrzony, wyczekany :)) Wiedziałam, że jak będę robiła kiedyś remont, to zainwestuję w wodooszczędną toaletę. Oczywiście ze względu na mniejsze zużycie wody, co w czasach suszy ma istotne znaczenie. No i w zeszłym roku mieliśmy remont generalny w mieszkaniu, trzeba było wymienić w nim wszystko. I jak doszło do zakupu sedesu, to wybraliśmy właśnie wodooszczędny. I niby powinien być w tym miejscu happy end – wszyscy zadowoleni, kurtyna, ale happy endu nie będzie.

Dlaczego? A no dlatego, że tak: jednorazowe zużycie wody, czyli przy jednym spłukiwaniu, rzeczywiście było mniejsze niż standardowo w toaletach. Ale! Przez to właśnie, że tak mało leciało wody, spłukiwanie niekiedy trzeba było powtórzyć. I to więcej niż raz. Więc wiecie, mimo początkowej euforii, bo wydawało nam się, że zużycie wody spadło, nastąpiło zderzenie z rzeczywistością długoterminową i dopiero porównanie rachunków za wodę aktualne i sprzed roku czarno na białym pokazało, że toaleta wodooszczędna nie jest wcale rozwiązaniem ekologicznym, bo paradoksalnie generuje większe zużycie wody.

Co więcej, słuchajcie, rozmawiałam z osobami pracującymi w wodociągach i kanalizacji przy usuwaniu zatorów. I od tych osób wiem, że coraz większa popularność toalet wodooszczędnych wpływa bezpośrednio na awarie w sieci kanalizacyjnej. Dlatego że kiedy do sieci trafia mniej wody, nieczystości nie usuwają się wraz z – wiecie – wartkim nurtem, tylko osadzają się na ściankach kanałów i tak się gromadzą, z czasem doprowadzając do zatorów. Żeby zapobiec awariom w wielu miejscach przedsiębiorstwa wodociągowe wtłaczają do sieci spore ilości wody, żeby przepłukać sieci kanalizacyjne. I w ostatecznym rozrachunku wychodzi, że urządzenia sanitarne, które miały oszczędzać wodę, zużywają jej więcej niż standardowe toalety.

Dobra, koniec toaletowego tematu. Zapraszam wrażliwców do powrotu do audycji 🙂

Chciałabym trochę cofnąć się w czasie do początków swojego zero waste. Jak wspominałam już, to był taki czas, kiedy masowo zastępowałam różne jednorazówki wielorazowymi odpowiednikami. Stąd kolejny gadżet.

Gadżet nr 8: woreczki na zakupy

Słuchajcie, dawniej ja również, jak cała Polska, jak jest długa i szeroka, używałam zrywek, czyli cienkich foliowych torebek, do pakowania owoców i warzyw. Na fali ograniczania odpadów przestawiłam się jednak na wielorazowe woreczki. I… no właśnie.

Miałam ich kilka: do dużego worka z grubej bawełny kupowałam pieczywo w piekarni, a do mniejszych – najpierw bawełnianych, potem firankowych – woreczków pakowałam warzywa i owoce. Jeszcze przez krótki okres do bardzo małego woreczka z nieprześwitującej bawełny pakowałam płatki migdałowe, kupowane na wagę. Ten woreczek z mojego użycia odpadł jako pierwszy. Po pierwsze dlatego, że stosunkowo dużo ważył, co przy wysokiej cenie płatków miało spore znaczenie. A po drugie dlatego, że w ogóle nie kupuję już płatków migdałowych.

Co ciekawe – i to może być zaskoczeniem dla wielu z was – stopniowo przestałam korzystać także z innych woreczków na zakupy. Dlaczego? Z firankowych woreczków zrezygnowałam jakoś tak… zupełnie naturalnie. Po prostu w pewnym momencie zaczęłam mieć dostęp do dobrze zaopatrzonego warzywniaka i stoiska, na którym rozstawiają się rolnicy, więc nie miałam potrzeby kupowania produktów na zapas. W każdej chwili mogłam wyskoczyć z domu po dwa pomidory czy jedną marchewkę – kupić te warzywa luzem, spakować je do wspólnej bawełnianej torby na zakupy i nie bawić się w pakowanie pojedynczych sztuk w firankowe worki. No bo po co! A z torby na pieczywo pomógł zrezygnować COVID-19, dlatego że w momencie, gdy wiosną tego, czyli 2020 roku, nastąpił lockdown, mój mąż odkrył w sobie duszę piekarza i zaczął piec w domu chleb. I w ten sposób przestałam potrzebować woreczków i torebek na zakupy.

No właśnie, skoro o torbach na zakupy mowa…

Gadżet nr 9: nowe torby na zakupy

Słuchajcie, czy zauważyliście, że teraz wszędzie, absolutnie wszędzie wręczane są bawełniane torby na zakupy? Bezpłatnie, jako pamiątka z jakiejś imprezy miejskiej albo na konferencjach – wraz ze spakowanymi do środka gadżetami. Czasem też jak się kupuje online od firm, które są świadome ekologicznie, to one właśnie pakują ubrania albo kosmetyki do toreb albo bawełnianych woreczków. I oczywiście, nie ma nic złego w tym, że ktoś takie torby rozdaje. Gorsze jest zdecydowanie to, że ktoś te torby kompulsywnie bierze.

Swoją pierwszą torbę na zakupy uszyłam z koszuli mojego męża. Instrukcję wykonania tej torby nadal znajdziecie na moim blogu. Koszula miała dziurkę na kieszonce, poza tym była w bardzo dobrym stanie. Na kieszonkę naszyłam aplikację kotwicy i tak sobie z tą torbą paradowałam. To były czasy, gdy reklamówki były dostępne w sklepach za darmo – można było przy kasach brać sobie tyle foliowych siatek, ile się chciało i nic się za to nie płaciło. Dlatego też niewiele osób chodziło na zakupy ze swoimi wielorazowymi torbami. I generalnie bawełniane torby nie zrobiły się jeszcze modne. Powiem więcej, ja się wtedy spotykałam z takimi stwierdzeniami od panów w internetach, że oni nie będą chodzić do sklepu z bawełnianymi torbami, bo to jest niemęskie! No jakiś absurd totalny!

Minęło trochę czasu, a rozmowy o środowisku trafiły do mainstreamu. Bawełniane tory z kolei urosły do rangi eko gadżetu, powiedziałabym must have, czyli obowiązkowego. Jeszcze chwilę później tych toreb zaczęło być za dużo. A wiecie, wyprodukowanie takiej nowej bawełnianej torby jest szalenie wodochłonne, energożerne, ma bardzo duży ślad węglowy, związany również z tym, że do przetransportowania materiałowych toreb trzeba zaangażować sporą flotę samochodów. Pod tym względem NOWE torby materiałowe zdecydowanie przegrywają z torbami foliowymi, które mają mniejszy ślad wodny, węglowy, ich produkcja zużywa mniej energii. Dlatego, aby materiałowe torby miały sens, nie mogą być przez nas traktowane jak jednorazówki. I ja osobiście, o ile na samym początku przyjmowałam przy różnych okazjach te materiałowe torby, o tyle w pewnym momencie powiedziałam: basta! Bo te siatki powoli zaczynały się wylewać z mojej szuflady, oczywiście, większość po prostu leżała i się kurzyła, bo nie byłam w stanie wykorzystać wszystkie te torby.

Tak więc w tym momencie nie przyjmuję już do swojego grona nowych toreb – tych, które mam, starczy mi chyba do końca życia :))

Także tego. W ten oto sposób dotarliśmy do sklepu. A skoro już jesteśmy na zakupach, przejdźmy do kolejnego gadżetu, czy może lepiej byłoby powiedzieć do pewnego trendu, bez którego może nie tyle nie wyobrażałam sobie życia, bo nie korzystałam z tych rozwiązań jakoś szczególnie długo i często, ale fakt faktem, na początku się nimi zachwyciłam.

A zatem, numer 10: spożywka i kosmetyki w papierowych opakowaniach

W pewnym momencie, na fali narracji o szkodliwości plastiku niektóre firmy zaczęły zastępować opakowania z tworzywa sztucznego, opakowaniami „papierowymi” (w cudzysłowie papierowymi). Oczywiście, towarzyszyły temu komunikaty, że zmiana wynika z troski o środowisko. Wiecie, wycofujemy szkodliwy plastik, dbamy o naturę. Z tym, że nie do końca. Opowiem Wam o tym na przykładzie swoich ulubionych wegańskich lodów.

Otóż, wcześniej te lody były sprzedawane w kubełku z tworzywa sztucznego – to było bodajże HDPE, czyli dość dobrze recyklingowane w Polsce tworzywo. Co najważniejsze, to tworzywo było jednorodne, czyli składało się z jednego materiału, dzięki czemu ten recykling był łatwiejszy do zastosowania. Ale w pewnym momencie plastikowe opakowania zostały wycofane i zastąpione opakowaniami papierowymi. I ja, słuchajcie, przeprowadziłam pewien eksperyment w domowych warunkach, żeby przekonać się, jak to papierowe opakowanie zachowa się w warunkach ewentualnego recyklingu w papierni. Oczywiście, wcześniej byłam w papierniach i wiedziałam już, że takie opakowanie średnio nadaje się do przetworzenia (jeśli interesuje was jak to dokładnie wygląda, to odsyłam Was do swojej książki reportażowej „Nie śmieci”). Ale postanowiłam sprawdzić. Wrzuciłam ten papierowy kubełek do wody, trzymałam w niej 3 dni, czyli o 3 dni dłużej niż trzymają papiernie, a potem zobaczyłam co się stało. Jak jesteście ciekawi, jak wyglądały wyniki eksperymentu, to na moim instagramie, w zakładce IGTV jest nagranie. A w skrócie: po trzech dniach nic się z tym pudełkiem tak naprawdę nie stało. Puścił klej na szwie, trochę się odkleiło denko, ale generalnie generalnie opakowanie zachowało swój pierwotny kształt. Podczas gdy, aby takie opakowanie nadawało się do przetworzenia, powinno się zachowywać jak makulatura, czyli pod wpływem wody stać się pulpą papierową. No a to opakowanie, zresztą jak większość papierowych opakowań do kosmetyków czy produktów spożywczych, nie nadawało się do recyklingu dlatego że było dodatkowo pokryte warstwą folii dla zapewnienia wodoodporności lub odporności na tłuszcze zawarte w żywności i kosmetykach. Dlatego jak mówimy o papierowych opakowaniach, warto pamiętać, że one są papierowe tylko z nazwy, bo w rzeczywistości to opakowania wielomateriałowe, w których oprócz papieru mamy do czynienia również z folią.

No dobra. Ostatnia sprawa dotycząca zakupów. Nie jest to gadżet, nie jest to również trend, nie jest zjawisko. Jest to natomiast portal. Strona www, służąca zakupom online, którą na samym początku bardzo się zachwyciłam, dlatego że na tej stronie można było kupować i sprzedawać swoje ubrania i akcesoria, czyli rzeczy z drugiej ręki!

Powitajmy zatem numer 11: Portal Vinted

Słuchajcie, jak po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu takiego portalu jak Vinted, byłam wniebowzięta. Dla tych z Was, którzy nie kojarzą tego portalu, już wyjaśniam, że na Vinted można wystawiać na sprzedaż zawartość swojej własnej garderoby, jeśli jakichś ubrań już nie nosimy, a są one jeszcze w dobrym stanie. W takim stanie handlowym!

Oczywiście, byłam bardzo zadowolona, że powstała taka strona. Oczywiście, znałam i korzystałam z różnych wcześniejszych miejsc w sieci, gdzie można było kupować, sprzedawać albo wymieniać się ubraniami pomiędzy osobami prywatnymi. Nie wiem, czy ktoś z Was pamięta jeszcze taką stronę jak szafa.pl, od której wzięła się niechlubne określenie „szafiarki”. W swoim czasie aktywnie z tego portalu korzystałam. Korzystałam też z aukcji i ofert na Allegro w czasach, kiedy sprzedawały tam przede wszystkim osoby prywatne – jak teraz tak sobie myślę, to była jakaś epoka przed dinozaurami, bo potem osobom prywatnym przestała się już opłacać sprzedaż na Allegro ze względu na wysokie prowizje i opłaty, więc serwis został przejęty przez zawodowych sprzedawców. Nie wiem, co teraz dzieje się na Allegro, bo już dawno nie robiłam tam zakupów. Grunt, że jak pojawił się Vinted, bardzo się z tego powodu ucieszyłam.

Nadal robię tam zakupy. Rzadko, bo rzadko, bo generalnie nieczęsto kupuję ubrania. Ale jednak korzystam. I mój zapał niestety nie jest już taki jak kiedyś. Dlaczego? No to tak. Znowu będzie w punktach.

Po pierwsze, dlatego, że ubrania, które użytkownicy wystawiają na Vinted, to głównie ubrania z popularnych sieciówek. A ja z pełną premedytacją w sieciówkach nie kupuję. Powodem jest nie tylko kwestia fair trade, czyli sprawiedliwego handlu, albo tego, że lubię wspierać małych lokalnych producentów. Powodem jest również jakość tych ubrań. Od lat zwracam uwagę na jakość rzeczy po to, żeby te rzeczy posłużyły mi jak najdłużej. No więc jak na Vinted mam te same sieciówki, tylko dodatkowo już używane, to mi, szczerze mówiąc, odechciewa się tam zakupów. Bo jaki to jest sens? Lubię kupować z drugiej ręki, ale ubrania dobrej jakości.

Drugi powód, dlaczego nie jestem już tak bardzo zapalona tym portalem, jest poniekąd związany z pierwszym powodem. Otóż mam wrażenie, że jestem jedną z nielicznych użytkowniczek, które zwracają uwagę nie tylko na wygląd ubrań i to, czy są aktualnie modne, ale również na jakość. Bardzo rzadko w ofertach publikowane są informacje o składzie. I jeżeli coś mi się podoba, to piszę do sprzedawcy i dopytuję o zdjęcie metki. Z tym że prawda jest taka, że połowa moich wiadomości z pytaniem o skład, pozostaje bez odpowiedzi. Widzę, że użytkowniczka przeczytała moją wiadomość, ale z jakichś powodów mi na nią nie odpowiada. A jak już dostaję odpowiedź, to najczęściej taką, że w składzie dominuje poliester. I wtedy sama rezygnuję z tej rzeczy.

Trzeci powód także jest związany z tym, co powiedziałam już wcześniej. A dotyczy z kolei moich sprzedaży. Jak już wspomniałam, stawiam na rzeczy dobrej jakości. Ubrania generalnie sprzedaję bardzo rzadko, bo jak już kupię, to noszę do momentu, aż w ogóle przestaną nadawać się do czegokolwiek. Wtedy już oczywiście nie sprzedaję. Jedyny powód dlaczego w ogóle miałabym sprzedawać, to zmiana rozmiaru. I takiej zmiany doświadczyłam w tym roku. W związku z lockdownem, ograniczoną aktywnością fizyczną i bardzo dużym apetytem w zamknięciu – co tu dużo mówić – przybrałam na wadze! I rzeczy, które miałam jeszcze praktycznie nowe, musiałam odsprzedać. Nie były to rzeczy modne w tej chwili. Nie były to rzezy takie, które zobaczycie na witrynach popularnych sieciówek. Były to ubrania klasyczne, z wysokogatunkowych materiałów, często szyte ręcznie przez krawcowe na zamówienia albo przez polskich projektantów. Ale to wszystko było nieważne! Zdecydowanie ważniejsze było to, że to nie były ubrania z Bershki, Zary, H&M czy innej popularnej marki. Próbowałam je sprzedać przez jakiś czas, a potem stwierdziłam, że to nie ma sensu i te rzeczy po prostu oddałam.

Taka tam smutna konsumencka historia…

Powoli zbliżam się ku końcowi swojej listy. Pozostała mi tylko jedna zero waste’owa sprawa do omówienia. I nie bez powodu zostawiłam ją właśnie na koniec. Bo to jest coś, od czego się tak naprawdę wszystko zaczęło.

A zatem numer 12: nie wszystko warto upcyklingować

Historia Na nowo śmieci zaczęła się od przeróbek. To tutoriale na drugie życie rzeczy rozkręciły tego bloga. To z upcyklingu zaczęłam organizować pierwsze swoje warsztaty stacjonarne. I nadal kocham przeróbki, nadal prowadzę warsztaty z upcyklingu. Ale! Wraz z upływem czasu, wraz ze zdobywaniem doświadczenia i wraz z kolejnymi podróżami do zakładów przetwarzających odpady i dowiadywaniem się jak wygląda recykling surowców – wraz z tym wszystkim przyszło do mnie zrozumienie tego, że nie wszystko warto przerabiać na własną rękę. Czasem lepiej wrzucić to opakowanie do odpowiedniego pojemnika i tym samym dać mu szansę na powrót do obiegu. I tu na myśli mam na przykład szklane słoiki, które w okresie Halloweenowym i świąteczno-noworocznym są masowo malowane, oklejane, zabarwiane, ozdabiane różnymi pierdołami. No fajnie, może dzięki temu ten słoik nie trafi od razu do kosza, tylko postoi w mieszkaniu tydzień dłużej, ale jeśli ostatecznie ma trafić do kosza i do tego kosza trafi, to raczej już nie będzie miał szansy na recykling, bo mocny klej czy trwałe farby są zanieczyszczeniem. Podobnie jest z papierem. Wrzucone do kontenera gazety mogą jeszcze być odzyskane, ale klejone papierowe bombki już nie bardzo. Butelka PET jest super surowce, ale jeśli przerobimy ją z dzieckiem na jakąś żabkę-skarbonkę, to taki wytwór rąk i wyobraźni raczej poleci już do kosza na zmieszane.

Oczywiście, nie stałam się absolutnie przeciwniczką upcyklingu. Natomiast zrozumiałam, że do przeróbek trzeba podchodzić z głową i jeżeli chcemy jakiemuś przedmiotowi wydłużyć życie tylko na chwilkę, by po tej chwilce wyrzucić do kosza zanieczyszczony odpad, to lepiej darujmy sobie przeróbki. Nic dobrego z tego nie będzie.

Wszystko, o czym Wam dziś opowiedziałam, jest oparte wyłącznie na moich doświadczeniach. Wy oczywiście macie prawo do zupełnie innych doświadczeń i zupełnie innych zero waste’owych praktyk. Powiem więcej, wcale nie uważam, że wielorazowe rozwiązania, takie jak choćby płatki kosmetyczne, myjki konopne czy dzbanki filtrujące, są złe! Ba! Myślę, że gdybym jeszcze raz przebyła swoją zero waste’ową drogę od początku do tego momentu, w którym jestem dzisiaj, to te wszystkie elementy, rozwiązania, patenty po prostu bym powtórzyła kropka w kropkę. Bo mimo że dziś wielu z tych rozwiązań już nie stosuję, to jednak pomogły mi one ograniczać odpady na co dzień – taką metodą małych kroczków. Pomogły przestawić się na tryb minimum. A że już ich nie używam – to tylko kolejny krok w moim minimalizmie. Panta Rhei – wszystko płynie. Wszystko się zmienia…

Zanim skończę, chciałabym jeszcze raz bardzo, bardzo podziękować moim Patronom i Matronkom za wsparcie. Mówiłam to już nie raz, ale się powtórzę: to dzięki Wam powstaje ten podcast. Serio! Produkcja kolejnych odcinków jest tak czasochłonna, że gdyby nie obietnica, którą Wam złożyłam i nie Wasz udział w powstawaniu tych odcinków, ukazywałyby się one na pewno o wiele rzadziej niż się ukazują! Dzięki Wam z całego serca! A jeśli ktoś z Was, słuchających teraz, chce dołączyć do grona Patronów i wesprzeć mnie w tym, co robię, zapraszam na Patronite.pl/nanowosmieci.

Oczywiście zachęcam Was również do obserwowania moich profili na Instagramie i Facebooku, gdzie działam pod nazwą Na nowo śmieci i dzielę się informacjami o ograniczaniu, poprawnej segregacji i recyklingu odpadów, a także opowiadam o stylu życia zero waste. Jeśli tej odcinek wydał wam się interesujący i przydatny, nie wahajcie się go udostępnić. A żeby nie przegapić kolejnych, zachęcam do subskrybowania moich kanałów podcastowych – na Youtube to Na nowo śmieci, a w aplikacjach podcastowych – „Co w tym koszu”, od nazwy mojego podcastu.

A jeśli chcecie wiedzieć więcej o odpadach, to zapraszam do zapisania się na Liścik bez śmieci, w którym dzielę się ekskluzywnymi wiadomościami, patentami i przepisami – to mój newsletter. Polecam Wam też swoją książkę “Nie śmieci” – kompletne źródło wiedzy o odpadach, napisane w lekkiej reporterskiej formie.

A tymczasem żegnam się! Do usłyszenia! Papa!

Książka Nie śmieci baner